Jestem w kłopotliwej sytuacji, Maciej Zembaty, w 1981 roku główny pomysłodawca i ojciec chrzestny Pierwszego Przeglądu Piosenki Prawdziwej, kilkakrotnie zabierał się do napisania tego tekstu. Po wklepaniu dwóch zdań wstępu, godzinami siedział przed komputerem i pracy jakoś nie posuwał naprzód. Widocznie jest coś takiego w tej historii, że poza sferą anegdotyczną sama istota Przeglądu nie daje ująć się w ramy. A przecież wszystko to działo się raptem 20 lat temu, choć patrząc z perspektywy tych dwóch dekad, żyjemy dziś w całkiem odmiennym świecie. Nie istnieje już Związek Sowiecki, nie ma PRL-u, nie ma monopartii i cenzury, a współorganizatorem kolejnej edycji Przeglądu chciało być Ministerstwa Kultury. W przeszłość odeszli ludzie i cały system skojarzeń. Nie ma tamtego języka odniesień i symboli, umożliwiających porozumiewanie się społeczeństwa - gdzieś pomiędzy obowiązującymi wówczas regułami a ingerencjami cenzorskich nożyc.
Gdy w hali Olivia Mietek Cholewa autor i wykonawca "Ballady
o Janku z Gdyni" zaśpiewał: "to partia strzela do robotników..."
a chwilę później frazę: "krwawy Kociołek to kat Trójmiasta, przez niego
giną dzieci, niewiasty..." odnosiło się wrażenie, że ruszyła potężna
lawina. Choć przy
niektórych utworach cenzura upierała się, zwodziła, perswadowała - my stawialiśmy
twardo na swoim. Leszek Wójtowicz zaśpiewał więc ironicznie o Leninie, rozdrażniając
towarzyszy z Moskwy, a w "Sejmie Kalek" Zembaty pokazywał ostentacyjnie
marionetkowość peerelowskiego parlamentu. O tym, co zaistnieje na scenie decydowaliśmy
sami - organizatorzy i artyści pospołu. Z dzisiejszej perspektywy udział w
PPPP nie był może aktem heroicznej odwagi, ale jasno określał, po której jest
się stronie. Drzwi na scenę stały otworem dla każdego. Byli tacy, którzy nie
zdecydowali się w nim uczestniczyć z różnych przyczyn - czasami ze zwyczajnego
strachu, czasem w konsekwencji własnych, uwikłanych życiorysów. Jakkolwiek
historycznie i artystycznie nie wypadłaby ocena tego wydarzenia - to myślę,
że oni po czasie żałowali własnych decyzji. Wszak o "Zakazanych Piosenkach"
Adam Michnik puentując wydarzenie napisze później, że był to "pierwszy
dzień wolności polskiej piosenki ".
Unoszeni entuzjazmem specjalnie nie przejmowaliśmy się szantażem
władzy o możliwości np. odcięcia prądu (w końcu były przygotowane własne agregaty
prądotwórcze), czy groźbą milicyjnej pacyfikacji Olivii. Dobrze pamiętam noc
po pierwszym koncercie - Olivia wymarła. Siedzieliśmy w podziemiach hali w
pomieszczeniach prasowych, omawiając zadania na następny dzień. Była nas garstka,
w tym również
zaniepokojony
Zembaty, którego zdenerwowanie zaczęło udzielać się innym. Na ulicach wokół
cmentarna pustka. Nagle ktoś doniósł, że nasi ochroniarze - grupa dżudoków
i karateków, zapadli się pod ziemię. Nastała głucha cisza. Zaczęliśmy odliczać
czas... Dziś w Instytucie Pamięci Narodowej w Gdańsku zarchiwizowano dokumenty
operacyjne o esbeckim rozpracowywaniu Przeglądu. Dopiero po latach miało się
okazać, że część ochroniarzy była funkcjonariuszami SB. Interwencja rzeczywiście
wisiała na włosku, a przed katastrofą ustrzegła nas jakaś bliżej nieznana
polityczna kalkulacja władzy.
Zembaty barwnie wspomina o niebezpiecznej prowokacji podczas przygotowywania pierwszego z trzech koncertów: "niewidzialna ręka wrzuciła jedną z faz zasilania energetycznego aparatury nagłaśniającej na tzw. masę" i gdyby nie przypadkowe odkrycie sabotażu, próbujący akurat na scenie Marek Grechuta znalazłby się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Nieżyczliwa nam partyjna propaganda miałaby nas - "wichrzycieli" - na widelcu i niewątpliwie by z tej okazji skorzystała. Takich i innych historii Pierwszy Przegląd Piosenki Prawdziwej miał wiele. Jedne były dramatycznie prawdziwe, inne stanowiły zwykłą konfabulację, jeszcze inne ulegały deformacji, wynikającej z potrzeby dowartościowania i autokreacji. Już podczas stanu wojennego władza rozliczyła kilku z nas za udział, ale także za elementy scenograficzne Przeglądu. Zwłaszcza musiały jej doskwierać aluzyjnie niewybredne: szubieniczna pętla w scenografii oraz gazety, organy bratnich partii: "Neues Deutschland", "Prawda", "Rude Pravo" i rodzima "Trybuna Ludu" , prowokacyjnie wyścielające podłogi Biura Prasowego.
Sam Przegląd Piosenki Prawdziwej odbywał się w kilku wymiarach,
przyciągając ludzi z bardzo rożnych środowisk. Na scenie Olivii z oprawą plastyczną
wg projektu Andrzeja Czeczota i Jurka Janiszewskiego gościło ponad 200 wykonawców.
Widownia była wypełniona po brzegi
niedopuszczalnymi w dzisiejszych realiach nadkompletami publiczności. Przy
organizacji współpracowała ze mną barwna grupa entuzjastów i wolnościowych
marzycieli: aktor Szymon Pawlicki, Janusz Tołłoczko - żołnierz AK, stoczniowcy-
Marian Kołpak i Bogumił Gołąb, działacze kultury - Marek Łochwicki, Rysiek
Wasyluk i Jurek Piskorzyński, Wojtek Nowicki, Zenek "Biały" Żelepień
i wielu, wielu innych.
Biuro prasowe z Adamem Grzybowskim i Darkiem Nowaczykiem dysponowało własnym biuletynem oraz poligrafią, za którą odpowiadał Wojtek Kaczorowski. Artystycznie imprezę kreowali Maciek Zembaty z reżyserem Maciejem Karpińskim, a trudnej roli producenta podjął się nieżyjący już, uroczy jąkała - Wojtek Łyżwa. Wspomagali ich znani intelektualiści: litewski książę Konstanty Puzyna i austro-węgierski hrabia Michał Roniker. W biurze pracowały zasadnicze i dobrze zorganizowane panie: Wanda Stankiewicz i Mirka Sokołowska. Wszyscy w czynie społecznym, czyli... ot, darmo!
Istotą zakazanych piosenek jest to, że zawsze z jakiegoś powodu, ktoś je pisuje. Z pewnością powstają one gdzieś i teraz. Tylko czasami zaistnieją takie okoliczności, by ktoś inny zechciał ich wysłuchać. Co jakiś czas, dla większości całkiem niespodziewanie, moment taki nadchodzi...
Waldemar Banasik
dyrektor PPP ZP